czwartek, 12 września 2013

Adam Mickiewicz „Petersburg”


Za dawnych greckich i italskich czasów
Lud się budował pod przybytkiem Boga,
Nad źródłem nimfy, pośród świętych lasów,
Albo na górach chronił się od wroga.
Tak zbudowano Ateny, Rzym, Spartę. –
W wieku gotyckim pod wieżą barona,
Gdzie była cała okolic obrona,
Stawały chaty do wałów przyparte;
Albo pilnując spławnej rzeki cieków
Rosły powoli z postępami wieków.
Wszystkie te miasta jakieś bóstwo wzniosło,
Jakiś obrońca lub jakieś rzemiosło.


Ruskiej stolicy jakież są początki?
Skąd się zachciało sławiańskim tysiącom
Leźć w te ostatnie swoich dzierżaw kątki
Wydarte świeżo morzu i Czuchońcom?
Tu grunt nie daje owoców ni chleba,
Wiatry przynoszą tylko śnieg i słoty;
Tu zbyt gorące lub zbyt zimne nieba,
Srogie i zmienne jak humor despoty.
Nie chcieli ludzie; – błotne okolice
Car upodobał, i stawić rozkazał
Nie miasto ludziom, lecz sobie stolicę:
Car tu wszechmocność woli swej pokazał. –
 

W głąb ciekłych piasków i błotnych zatopów
Rozkazał wpędzić sto tysięcy palów
I wdeptać ciała stu tysięcy chłopów.
Potem na palach i ciałach Moskalów
Grunt założywszy, inne pokolenia

Zaprzągł do taczek, do wozów, okrętów,
Sprowadzać drzewa i sztuki kamienia
Z dalekich lądów i z morskich odmętów.

Przypomniał Paryż –  wnet paryskie place
Kazał budować. Widział Amsterdamy –
Wnet wodę wpuścił i porobił tamy.
Słyszał, że w Rzymie są wielkie pałace –
Pałace stają. Wenecka stolica,
Co wpół na ziemi, a do pasa w wodzie
Pływa jak piękna syrena-dziewica,
Uderza cara –  i zaraz w swym grodzie
Porznął błotniste kanałami pole,
Zawiesił mosty i puścił gondole.
Ma Wenecyją, Paryż, Londyn drugi,
Prócz ich piękności, poloru, żeglugi.
U architektów sławne jest przysłowie:
Że ludzi ręką był Rzym budowany,
A Wenecyją stawili bogowie;
Ale kto widział Petersburg, ten powie,
Że budowały go chyba Szatany.

Ulice wszystkie ku rzece pobiegły:
Szerokie, długie, jak wąwozy w górach
Domy ogromne: – tu głazy, tam cegły,
Marmur na glinie, glina na marmurach;
A wszystkie równe i dachy, i ściany,
Jak korpus wojska na nowo ubrany.
Na domach pełno tablic i napisów:
Śród pism tak różnych, języków tak wielu,
Wzrok, ucho błądzi jak w wieży Babelu.
Napis: Tu mieszka Achmet, Chan Kirgisów,
Rządzący polskich spraw departamentem,
Senator.
–  Napis: Tu monsieur Żoko
Lekcyje daje paryskim akcentem,
Jest kuchtą dworskim, wódczanym poborcą,
Basem w orkiestrze, przy tym szkół dozorcą.
Napis: Tu mieszka Włoch Piacere Gioco.
Robił dla frejlin Carskich salcesony,
Teraz panieński pensyjon otwiera.
Napis: Mieszkanie pastora Dienera,
Wielu orderów Carskich kawalera.
Dziś ma kazanie wykłada z ambony,
Że car jest Papież z Bożego ramienia,
Pan samowładny wiary i sumnienia.
I wzywa przy tym braci kalwinistów,
Socynijanów i anabaptystów,
Aby jak każe Imperator ruski
I jego wierny Alijant, Król pruski,
Przyjąwszy nową wiarę i sumnienie,
Wszyscy się zeszli w jedno zgromadzenie.
Napis: Tu stroje damskie –  dalej: Nuty;
Tam robią: Dzieciom zabawki –  tam: Knuty.

W ulicach kocze, karety, landary
Mimo ogromu i bystrego lotu
Na łyżwach błysną, znikną bez łoskotu,
Jak w panorama czarodziejskie mary.
Na kozłach koczów angielskich brodaty
Siedzi woźnica; szron mu okrył szaty,
Brodę i wąsy, i brwi; biczem wali;
Przodem na koniach lecą chłopcy mali
W kożuchach, istne dzieci Boreasza;
Świszczą piskliwie i gmin się rozprasza,
Pierzcha przed koczem saneczek gromada,
Jak przed okrętem białych kaczek stada.
Tu ludzie biegą, każdego mróz goni,
Żaden nie stanie, nie patrzy, nie gada;
Każdego oczy zmrużone, twarz blada;
Każdy trze ręce i zębami dzwoni,
I z ust każdego wyzioniona para
Wychodzi słupem, prosta, długa, szara.
Widząc te dymem buchające gminy,
Myślisz, że chodzą po mieście kominy.
Po bokach gminnej cisnącej się trzody
Ciągną poważnie dwa ogromne rzędy,
Jak procesyje w kościelne obrzędy
Lub jak nabrzeżne bystrej rzeki lody.
I gdzież ta zgraja wlecze się powoli,
Na mróz nieczuła jak trzoda soboli? –
Przechadzka modna jest o tej godzinie;
Zimno i wietrzno, ale któż dba o to!
Wszak Cesarz tędy zwykł chodzić piechoto,
I cesarzowa, i dworu mistrzynie.
Idą marszałki, damy, urzędniki,
W równych abcugach: pierwszy, drugi, czwarty,

Jako rzucane z rąk szulera karty,
Króle, wyżniki, damy i niżniki,
Starki i młodki, czarne i czerwone,
Padają na tę i na ową stronę,
Po obu stronach wspaniałej ulicy,
Po mostkach lsnącym wysłanym granitem.
A naprzód idą dworscy urzędnicy:
Ten w futrze ciepłem, lecz na wpół odkrytem,
Aby widziano jego krzyżów cztery;
Zmarznie, lecz wszystkim pokaże ordery;
Wyniosłym okiem równych sobie szuka
I, gruby, pełznie wolnym chodem żuka,
Dalej gwardyjskie modniejsze młokosy,
Proste i cienkie jak ruchome piki,
W pół ciała tęgo związane jak osy.
Dalej z pochyłym karkiem czynowniki,
Spode łba patrzą, komu się pokłonić,
Kogo nadeptać, a od kogo stronić;
A każdy giętki, we dwoje skurczony,
Tuląc się pełzną jako skorpijony.
Pośrodku damy jako pstre motyle,
Tak różne płaszcze, kapeluszów tyle;
Każda w paryskim świeci się stroiku
I nóżką miga w futrzanym trzewiku;
Białe jak śniegi, rumiane jak raki. –
Wtem dwór odjeżdża; stanęły orszaki.
Podbiegły wozy, ciągnące jak statki
Obok pływaczów w głębokiej kąpieli.

Już pierwsi w wozy wsiedli i zniknęli;
Za nimi pierzchły piechotne ostatki.
Niejeden kaszlem suchotniczym stęknie,
A przecież mówi: „Jak tam chodzić pięknie!
Cara widziałem, i przed jenerałem
Nisko kłaniałem, i z paziem gadałem!"

Szło kilku ludzi między tym natłokiem,
Różni od innych twarzą i odzieniem,
Na przechodzących ledwo rzucą okiem,
Ale na miasto patrzą z zadumieniem.
Po fundamentach, po ścianach, po szczytach,
Po tych żelazach i po tych granitach
Czepiają oczy, jakby próbowali,
Czy mocno każda cegła osadzona;
I opuścili z rozpaczą ramiona,
Jak gdyby myśląc: człowiek ich nie zwali!
Dumali – poszli – został z jedenastu
Pielgrzym sam jeden; zaśmiał się złośliwie,
Wzniósł rękę, ścisnął i uderzył mściwie
W głaz, jakby groził temu głazów miastu.

Potem na piersiach założył ramiona
I stał dumając, i w cesarskim dworze
Utkwił źrenice dwie jako dwa noże;
I był podobny wtenczas do Samsona,
Gdy zdradą wzięty i skuty więzami
Pod Filistynów dumał kolumnami.
Na czoło jego nieruchome, dumne
Nagły cień opadł, jak całun na trumnę,
Twarz blada strasznie zaczęła się mroczyć;
Rzekłbyś, że wieczór, co już z niebios spadał,
Naprzód na jego oblicze osiadał
I stamtąd dalej miał swój cień roztoczyć.

Po prawej stronie już pustej ulicy
Stał drugi człowiek – nie był to podróżny,
Zdał się być dawnym mieszkańcem stolicy,
Bo rozdawając między lud jałmużny,
Każdego z biednych po imieniu witał,

Tamtych o żony, tych o dzieci pytał.
Odprawił wszystkich, wsparł się na granicie
Brzeżnych kanałów i wodził oczyma
Po ścianach gmachów i po dworca szczycie,
Lecz nie miał oczu owego pielgrzyma;
I wzrok wnet spuszczał, kiedy szedł z daleka
Biedny, żebrzący żołnierz lub kaleka.
Wzniósł w niebo ręce, stał i dumał długo –
W twarzy miał wyraz niebieskiej rozpaczy.
Patrzył jak anioł, gdy z niebios posługą
Między czyscowe dusze zstąpić raczy:
I widzi całe w męczarniach narody,
Czuje, co cierpią, mają cierpieć wieki –
I przewiduje, jak jest kres daleki
Tylu pokoleń zbawienia – swobody.
Oparł się płacząc na kanałów brzegu,
Łzy gorzkie biegły i zginęły w śniegu;
Lecz Bóg je wszystkie zbierze i policzy,
Za każdą odda ocean słodyczy.


Późno już było, oni dwaj zostali,
Oba samotni, i chociaż odlegli,
Na koniec jeden drugiego postrzegli,
I długo siebie nawzajem zważali.
Pierwszy postąpił człowiek z prawej strony:
„Bracie, rzekł, widzę, żeś tu zostawiony
Sam jeden, smutny, cudzoziemiec może;

Co ci potrzeba, rozkaż w Imię Boże;
Chrześcijaninem jestem i Polakiem,
Witam cię Krzyża i Pogoni znakiem".
Pielgrzym, zbyt swymi myślami zajęty,
Otrząsnął głową i uciekł z wybrzeża;
Ale nazajutrz, gdy myśli swych męty
Z wolna rozjaśnia i pamięć odświeża,
Nieraz żałuje owego natręta;
Jeśli go spotka, pozna go, zatrzyma;
Choć rysów jego twarzy nie pamięta,
Lecz w głosie jego i w słowach coś było
Znanego uszom i duszy pielgrzyma –
Może się o nim pielgrzymowi śniło.



Adam Mickiewicz, DZIADÓW części III  USTĘP, Warszawa 1974, s. 282-288

piątek, 6 września 2013

Adam Mickiewicz „Przedmieścia stolicy”


Z dala, już z dala widno, że stolica.
Po obu stronach wielkiej, pysznej drogi
Rzędy pałaców. — Tu niby kaplica
Z kopułą, z krzyżem; tam jak siana stogi
Posągi stoją pod słomą i śniegiem;
Ówdzie, za kolumn korynckich szeregiem;
Gmach z płaskim dachem, pałac letni, włoski,
Obok japońskie, mandaryńskie kioski,
Albo z klasycznych czasów Katarzyny
Świeżo małpione klasyczne ruiny.
Różnych porządków, różnych kształtów domy,
Jako zwierzęta z różnych końców ziemi,
Za parkanami stoją żelaznemi,
W osobnych klatkach. — Jeden niewidomy,
Pałac krajowej ich architektury,
Wymysł ich głowy, dziecko ich natury.
Jakże tych gmachów cudowna robota!
Tyle kamieni na kępach śród błota!

W Rzymie, by dźwignąć teatr dla cezarów,
Musiano niegdyś wylać rzekę złota
Na tym przedmieściu podłe sługi carów,
By swe rozkoszne zamtuzy dźwignęli,
Ocean naszej krwi i łez wyleli.
Żeby zwieźć głazy do tych obelisków,
Ileż wymyślić trzeba było spisków;
Ilu niewinnych wygnać albo zabić,
Ile ziem naszych okraść i zagrabić;
Póki krwią Litwy, łzami Ukrainy
I złotem Polski hojnie zakupiono
Wszystko, co mają Paryże, Londyny,
I po modnemu gmachy wystrojono,
Szampanem zmyto podłogi bufetów
I wydeptano krokiem menuetów.

Teraz tu pusto. — Dwór w mieście zimuje,
I dworskie muchy, ciągnące za wonią
Carskiego ścierwa, za nim w miasto gonią.
Teraz w tych gmachach wiatr tylko tańcuje;
Panowie w mieście, car w mieście. — Do miasta
Leci kibitka; zimno, śnieżno było;
Z zegarów miejskich zagrzmiała dwunasta,
A słońce już się na zachód chyliło
Niebios sklepienie otwarte szeroko,
Bez żadnej chmurki, czcze, ciche i czyste,
Bez żadnej barwy, blado przezroczyste,
Jako zmarzłego podróżnika oko.

Przed nami miasto. — Nad miastem do góry
Wznoszą się dziwnie, jak podniebne grody,
Słupy i ściany, krużganki i mury,
Jak babilońskie wiszące ogrody:
To dymy z dwiestu tysięcy kominów
Prosto i gęsto kolumnami lecą,
Te jak marmury kararyjskie świecą,
Tamte się żarzą iskrami rubinów;
W górze wierzchołki zginają i łączą,
Kręcą w krużganki i łukami plączą,
I ścian, i dachów malują widziadła: —
Jak owe miasto, co nagle powstanie
Ze śródziemnego czystych wód zwierciadła
Lub na Libijskim wybuchnie tumanie,
I wabi oko podróżnych z daleka,
I wiecznie stoi, i wiecznie ucieka

Już zdjęto łańcuch, bramy otwierają;
Trzęsą, badają, pytają — wpuszczają.



Adam Mickiewicz, DZIADÓW  części III  USTĘP, Warszawa 1974, s. 279-281

środa, 4 września 2013

Adam Mickiewicz „Droga do Rosji”


Po śniegu, coraz ku dzikszej krainie
Leci kibitka jako wiatr w pustynie;
I oczy moje jako dwa sokoły
Nad oceanem nieprzejrzanym krążą,
Porwane burzą, do lądu nie zdążą,
A widzą obce pod sobą żywioły,
Nie mają kędy spocząć, skrzydła zwinąć,
W dół patrzą, czując, że tam muszą zginąć.

Oko nie spotka ni miasta, ni góry,
Żadnych pomników ludzi ni natury;
Ziemia tak pusta, tak niezaludniona,
Jak gdyby wczora wieczorem stworzona.
A przecież nieraz mamut z tych ziem wstaje,
Żeglarz przybyły z falami potopu,
I mową obcą moskiewskiemu chłopu
Głosi, że dawno stworzone te kraje
I w czasach wielkiej Noego żeglugi
Ląd ten handlował z azyjskimi smugi –
A przecież nieraz książka ukradziona
Lub gwałtem wzięta, przybywszy z zachodu
Mówi, że ziemia ta niezaludniona
Już niejednego jest matką narodu.
Lecz nurt potopu szedł przez te płaszczyzny,
Nie zostawiwszy dróg swojego rycia,
I hordy ludów wyszły z tej ojczyzny,
Nie zostawiwszy siadów swego życia;
I gdzieś daleko na alpejskiej skale
Ślad zostawiły stąd przybyłe fale,
I jeszcze dalej, na Rzymu pomnikach,
O stąd przybyłych mówią rozbójnikach.

Kraina pusta, biała i otwarta
Jak zgotowana do pisania karta –
Czyż na niej pisać będzie palec boski,
I ludzi dobrych używszy za głoski,
Czyliż tu skreśli prawdę świętej wiary,
Że miłość rządzi plemieniem człewieczem,
Że trofeami świata są: ofiary?
Czyli też Boga nieprzyjaciel stary
Przyjdzie i w księdze tej wyryje mieczem,
Że ród człowieczy ma być w więzy kuty,
Że trofeami ludzkości są: knuty?

Po polach białych, pustych, wiatr szaleje,
Bryły zamieci odrywa i ciska,
Lecz morze śniegów wzdęte nie czernieje,
Wyzwane wichrem powstaje z łożyska
I znowu, jakby nagle skamieniałe,
Pada ogromne, jednostajne, białe.
Czasem ogromny huragan wylata
Prosto z biegunów; niewstrzymany w biegu,
Aż do Euxinu równinę zamiata,
Po całej drodze miecąc chmury śniegu;

Często podróżne kibitki zakopie,
Jak symum błędnych Libów przy Kanopie.
Powierzchnię białych, jednostajnych śniegów
Gdzieniegdzie ściany czarniawe przebodły
I sterczą na kształt wysp i lądu brzegów:
To są północne świerki, sosny, jodły.

Gdzieniegdzie drzewa siekierą zrąbane,
Odarte i w stos złożone poziomy,
Tworzą kształt dziwny, jakby dach i ścianę,
I ludzi kryją, i zowią się: domy.
Dalej tych stosów rzucone tysiące
Na wielkim polu, wszystkie jednej miary:
Jak kitki czapek, dmą z kominów pary,
Jak ładownice, okienka błyszczące;
Tam domy rzędem szykowane w pary,
Tam czworobokiem, tam kształtnym obwodem;
I taki domów pułk zowie się: grodem.

Spotykam ludzi – z rozrosłymi barki,
Z piersią szeroką, z otyłymi karki;
Jako zwierzęta i drzewa północy,
Pełni czerstwości i zdrowia, i mocy.
Lecz twarz każdego jest jak ich kraina,
Pusta, otwarta i dzika równina;
I z ich serc, jako z wulkanów podziemnych,
Jeszcze nie przeszedł ogień aż do twarzy,
Ani się w ustach rozognionych żarzy,
Ani zastyga w czoła zmarszczkach ciemnych –
Jak w twarzach ludzi wschodu i zachodu,
Przez które przeszło tyle po kolei
Podań i zdarzeń, żalów i nadziei,
Że każda twarz jest pomnikiem narodu.
Tu oczy ludzi, jak miasta tej ziemi,
Wielkie i czyste – i nigdy zgiełk duszy
Niezwykłym rzutem źrenic nie poruszy:
Nigdy ich długa żałość nie zaciemi;
Z daleka patrząc, – wspaniałe, przecudne;
Wszedłszy do środka, – puste i bezludne.
Ciało tych ludzi jak gruba tkanica,
W której zimuje dusza gąsienica,
Nim sobie piersi do lotu wyrobi,
Skrzydła wyprzędzie, wytcze i ozdobi;
Ale gdy słońce wolności zaświeci,
Jakiż z powłoki tej owad wyleci?
Czy motyl jasny wzniesie się nad ziemię,
Czy ćma wypadnie, brudne nocy plemię?

Na wskroś pustyni krzyżują się drogi,
Nie przemysł kupców ich ciągi wymyślił,
Nie wydeptały ich karawan nogi;
Car ze stolicy palcem je nakryślił.
Gdy z polską wioską spotkał się ubogą,
Jeżeli trafił w polskich zamków ściany,
Wioska i zamek wnet z ziemią zrównany,
I car ruiny ich zasypał – drogą.
Dróg tych nie dojrzeć w polu między śniegi,
Ale śród puszczy dośledzi je oko:
Proste i długie na północ się wloką;
Świecą się w lesie, jak w skałach rzek biegi.

I po tych drogach któż jeździ? – Tu cwałem
Konnica wali przyprószona śniegiem,
A stamtąd czarnym piechota szeregiem
Między dział, wozów i kibitek wałem.
Te pułki podług carskiego ukazu
Ciągną ze wschodu, by walczyć z północą;
Tamte z północy idą do Kaukazu;
Żaden z nich nie wie, gdzie idzie i po co?
Żaden nie pyta. Tu widzisz Mogoła
Z nabrzmiałym licem, małym, krzywym okiem;
A tam chłop biedny z litewskiego sioła,
Wybladły, tęskny, idzie chorym krokiem.
Tu błyszczą strzelby angielskie, tam łuki
I zmarzłą niosą cięciwę Kałmuki.
Ich oficery? – Tu Niemiec w karecie,
Nucąc Szyllera pieśń sentymentalną,
Wali spotkanych żołnierzy po grzbiecie.
Tam Francuz gwiżdżąc w nos pieśń liberalną,
Błędny filozof, karyjery szuka
I gada teraz z dowódcą Kałmuka,
Jakby najtaniej wojsku żywność kupić.
Cóż, że połowę wymorzą tej zgrai?
Kasy połowę będą mogli złupić,
I jeśli zręcznie dzieło się utai,
Minister wzniesie ich do wyższej klasy,
A car da order za oszczędność kasy.

A wtem kibitka leci – przednie straże
I dział lawety, i chorych obozy
Pryskają z drogi, kędy się ukaże,
Nawet dowódców ustępują wozy.
Leci kibitka; żandarm powoźnika
Wali kułakiem, powoźnik żołnierzy
Wali biczyskiem, wszystko z drogi zmyka,
Kto się nie umknął, kibitka nań wbieży.
Gdzie? – Kto w niej jedzie? – nikt nie śmie zapytać.
Żandarm tam jechał, pędzi do stolicy,
Zapewne cesarz kazał kogoś schwytać.
„Może ten żandarm jedzie z zagranicy? –
Mówi jenerał. – Kto wie, kogo złowił:
Może król pruski, francuski lub saski,
Lub inny Niemiec wypadł z cara łaski,
I car go w turmie zamknąć postanowił;
Może ważniejsza pochwycona głowa,
Może samego wiozą Jermołowa.
Kto wie! ten więzień, chociaż w słomie siedzi,
Jak dziko patrzy! jaki to wzrok dumy:
Wielka osoba – za nim wozów tłumy;
To pewnie orszak nadwornej gawiedzi;
A wszyscy, patrz no, jakie oczy śmiałe;
Myśliłem, że to pierwsze carstwa pany,
Że jenerały albo szambelany,
Patrz, oni wszyscy – to są chłopcy małe.
Co to ma znaczyć, gdzie ta zgraja leci?
Jakiegoś króla podejrzane dzieci".
Tak z sobą cicho dowódcy gadali;
Kibitka prosto do stolicy wali.



Adam Mickiewicz, „DZIADÓW części III  USTĘP”, Warszawa 1974, s. 273-278 

wtorek, 3 września 2013

Julian Tuwim „Na ulicy”

Jubiluje dzicz pogańska, 
Megafony ryczą z mieszkań.
Mnie sarenka Horacjańska
Za różowe wzgórze pierzcha.

Ja za tobą, wdzięczna Chloe,
W lubą pogoń, z niepokojem...
Ach, polotne! ach, wesołe
Rozmajowe myśli moje!

Jubilują – nie rozumiem,
Kocham, gonię – serce bije.
Z tego wzgórza kręty strumień,
Nachyliła się i pije.

A to wszystko: rzecz dziewczęca,
Rzecz swobodna, sobiepańska.
Wiatr taneczny mną zakręca,
Bywaj, Chloe Horacjańska!

  • Określ nastrój wiersza
  • Wskaż podmiot liryczny i bohatera lirycznego
  • Omów sytuację liryczną utworu
  • Co skłania poetę do szukania ładu i harmonii?

poniedziałek, 2 września 2013

Streszczenie drugiej części "Dziadów" Adama Mickiewicza

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, / Co to będzie, co to będzie? Przypomnij sobie treść drugiej części Dziadów Adama Mickiewicza. Warto!

Bohater liryczny wiersza Upiór ma wiele cech wspólnych z postaciami, które pojawią się w kolejnych częściach Dziadów.   

Z Widmem ukazującym się w zakończeniu II części, z Gustawem z części IV i Konradem z III części łączy go tragiczna, nieszczęśliwa miłość.

Utwór rozpoczyna więc edycję dramatu Dziady. Poema i mógłby być zapowiedzią całej jego treści, gdyby nie zmiana koncepcji poety dotycząca konstrukcji głównego bohatera.

Ponieważ poszczególne części Dziadów powstawały w ciągu dwunastu lat, w czasie których zaszły ważne zmiany w kraju - powstanie listopadowe - rozpaczający po stracie ukochanej bohater przeobrazi się (w III części) w gorącego patriotę.

U p i ó r

Bohaterem lirycznym utworu jest człowiek, który od kilku lat nie żyje.

„Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!”

Kiedy wychodzi z grobu, pojawia się wśród ludzi, ale nie może między nimi funkcjonować, ponieważ nić własnego życia przerwał sam, popełniając prawdopodobnie samobójstwo.

Chociaż nie może dołączyć do osób żyjących, które były na jego pogrzebie, to jednak zachowane w pamięci wspomnienia, nadzieja powrotu do kraju młodości i ujrzenia ukochanej wlewają w niego nowe życie.

„Na świecie znowu, ale nie dla świata;
            Czymże ten człowiek? – Upiorem”.

Każdego roku budzi się na dzień zaduszny, żeby przebywać w tłumie ludzi. Różne krążą o nim historie, ale jego obecne cierpienia są na pewno karą za odebranie sobie życia.

Poznano świat doznań ducha, ponieważ niedawno zakonnik podsłuchał jego skargę.
Bohater liryczny przekształca się teraz w podmiot liryczny wypowiadający swoje rozterki, żale, pragnienia, a nawet pretensje i może być utożsamiany z poetą (porte parole).

Siłą wyrywającą upiora co roku z grobu jest potęga uczucia i marzenie o zobaczeniu ukochanej kobiety. W imię tej miłości godzi się na cierpienia z powodu ponownej rozłąki po ujrzeniu jej, ale żeby to mogło się stać, musi szukać jej w tłumie ludzi. Twierdzi, że nie interesuje go po śmierci ich reakcja na widok jego osoby, bo wszystkiego już doświadczył.

„Żebym cię znalazł, muszę między zgrają
Błądzić z długiego wyszedłszy ukrycia:
Lecz nie dbam, jak mię ludzie powitają;
            Wszystkiegom doznał za życia”.

Podmiot liryczny pozornie pogodził się z opinią ludzi. Kolejne zwrotki utworu są przepojone goryczą, smutkiem i przypominają bolesne przeżycia, których nie może zapomnieć – nawet w postaci ducha.

„Śmieli się niegdyś przyjaciela młodzi,
Zwali tęsknotę dziwactwem, przesadą; (...)

Ktoś myślał, że obrażam ciebie,
Uwłaczam jego rodowitej dumie;
Przecież ulegał grzeczności, potrzebie,
            Udawał, że nie rozumie”.

Podmiot liryczny zniósł w młodości i zniesie po śmierci każde upokorzenie, jeżeli ukochana obdarzy go jednym, życzliwym spojrzeniem. Do niej – jedynej miłości – zwraca się z prośbą o odrobinę uwagi, a przeżywszy tę chwilę szczęścia będzie mógł spokojnie i z godnością znosić dwuznaczne zachowania wielu osób.

„Do jednej idąc, za cóż tyle ludzi
            Muszę obrażać lub dziwić?

Cóżkolwiek będzie, dawnym pójdę torem:
Szydercom litość, śmiech litościwemu.
Tylko o luba! tylko ty z upiorem
            Powitaj się po dawnemu.

Spojrzyj i przemów, daruj małą winę,
Że śmiem do ciebie raz jeszcze powrócić,
Mara przeszłości, na jednę godzinę
            Obecne szczęście zakłócić”.

Dziady to obrzęd ludowy, którego początki sięgają czasów pogaństwa. Ponieważ światłe duchowieństwo zabraniało odprawiania Dziadów, uroczystości odbywały się w tajemnicy w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza. Przynoszono potrawy, napoje, owoce, gdyż lud głęboko wierzył, że w ten sposób może pomóc duszom czyśćcowym.

Adam Mickiewicz – D z i a d y – część II

Uroczystość Dziadów odprawia Guślarz, któremu towarzyszy Chór i Starzec. Po zamknięciu drzwi kaplicy i zapaleniu świec Guślarz przywołuje duchy lekkie.

„Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,
W niebieskie nie wzleciał bramy,
Tego lekkim, jasnym znakiem
Przyzywamy, zaklinamy”.

Usłyszawszy zaklęcie, przyleciały dusze dwojga dzieci, które poprosiły o dwa ziarnka gorczycy. Na ziemi Józiowi i Rózi czas upływał na przyjemnych zabawach; byli otoczeni troską, miłością, czułością i dlatego nie mogą dostać się do nieba.

„Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu:
Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie”.

Miarą człowieczeństwa jest doznanie wszystkich przeżyć, a więc także bólu, cierpienia, goryczy. Otrzymawszy na Dziadach po ziarenku gorczycy, dusze dzieci znikają, bo w ten sposób doświadczyły pełnego wachlarza uczuć.

Następną kategorią popełnionych przestępstw jest grzech ciężki ukazujący się w postaci ducha pana wioski, w której odbywa się uroczystość. Kontrast między budzącą sympatię niewinnością dzieci, a zbrodniami przeciwko człowieczeństwu dziedzica jest ogromny.

Jego duch skarży się, że ptaki nigdy nie pozwoliły mu zaspokoić głodu. Widmo nie myśli o pójściu do nieba, bo takie pragnienie byłoby bluźnierstwem. Marzy tylko, żeby dusza opuściła jego ciało, gdyż wolałby znaleźć się w piekle, niż wiecznie umierać z głodu.

„Wiecznych głodów jestem pastwą;
A któż mię nakarmić raczy?
Szarpie mię żarłoczne ptastwo;
A któż będzie mój obrońca?
Nie masz, nie masz mękom końca!

Lecz niestety! wyrok taki,
Że dopóty w ciele muszę
Potępioną włóczyć duszę,
Nim kto z was, poddani moi,
Pożywi mię i napoi”.

Dialog z panem podejmuje Chór Ptaków Nocnych, który zapowiada, że wydziobie mu jedzenie nawet z wątroby. Zamierzają postępować tak, jak on, kiedy nie umiał okazać litości. Nie potrafił ponadto współczuć ludziom nawet w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Kruk przypomina dziedzicowi, że gdy wszedł do sadu wziąć kilka jabłek, ponieważ od trzech dni niczego nie jadł, ogrodnik poszczuł go psami. Pan (dla przykładu) kazał go srogo ukarać i został śmiertelnie pobity.

Podobne zarzuty stawia dziedzicowi Sowa. Wobec niej i jej dziecka również postąpił nieludzko, zachowując się jak człowiek bez serca. Wspomina, że kiedy w Wigilię Bożego Narodzenia podeszła pod bramę pałacu, błagając go o zapomogę lub okruchy, kazał ją wyrzucić, ponieważ zakłócała huczną biesiadę.

Wyczerpana i głodna zamarzła z dzieckiem w śniegu. Z wypowiedzi duchów niezbicie wynika, że pan nie przestrzegał elementarnych zasad człowieczeństwa. Jeśli nie umiał być człowiekiem, nie może liczyć na zrozumienie ludzi. Nawet podczas Dziadów nie otrzymał od nich pomocy, gdyż tak ciężkie winy tylko Bóg mógłby rozgrzeszyć.

„Tak musisz dręczyć się wiek wiekiem,
Sprawiedliwe zrządzenia boże!
Bo kto nie był ni razu człowiekiem,
Temu człowiek nic nie pomoże”.

Lud wierzył w prawdy moralne, które mówiły, że za zbrodnie przeciwko humanitaryzmowi nie ma przebaczenia. Kara może spotkać człowieka również po śmierci, o czym przekonał się dziedzic.

Kiedy pozbawione złudzeń i nadziei na odkupienie win Widmo okrutnego pana zniknęło, Guślarz przywołuje na Dziady duchy pośrednie. 

Pojawia się pasterka, która także nie zaznała pełni człowieczeństwa. Zosia mieszkała w tej wiosce, była piękną dziewczyną, ale nigdy nikogo nie pokochała.

Młodzieńcy zabiegali o jej względy. Oleś, Józio i Antoś próbowali zwrócić na siebie uwagę bohaterki, lecz była ona wówczas płocha, wesoła, próżna i śmiała się z zalotów. Umarła, gdy miała dziewiętnaście lat, nie przeżywszy żadnej szczęśliwej chwili w ramionach  ukochanego. Przybyła na Dziady, ponieważ chciałaby, żeby chłopcy przyciągnęli ją do siebie i uwolnili w ten sposób od dręczącej zwiewności, bo ciągle jest zawieszona w przestrzeni między niebem a ziemią.

„Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu:
Kto nie dotknął ziemi ni razu,
Ten nigdy nie może być w niebie”.

Zosia przede wszystkim sobie wyrządziła krzywdę, toteż Guślarz informuje ją, że jeszcze przez dwa lata wiatr będzie nią rzucał, a później uda się jej zatrzymać w niebie.

Zwykle uroczystość kończyła się nad ranem rozrzuceniem pożywienia duchom, które nie ukazały się na Dziadach. Tym razem stało się jednak inaczej. Ustalony tradycją porządek zakłóciła mara, a jej zachowanie wprawiło w zakłopotanie nawet Guślarza.

Widmo nie reagowało na żadne zaklęcia, nie bało się przekleństwa, a próby nawiązania z nim kontaktu ignorowało milczeniem. Duch, pokazując zranione serce Dziewczynie, zatopił w niej wzrok. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości.


„To jest nad rozum człowieczy!
Pasterko! znasz tę osobę?
W tym są jakieś straszne rzeczy.
Po kim ty nosisz żałobę?
Wszak mąż i rodzina zdrowa?
Cóż to! nie mówisz i słowa?”

Po kim, a może po czym ona rozpacza? Uśmiecha się na jego widok, odwraca w jego stronę głowę, więc jest jej bliski, tak, jak ona jemu, ponieważ, gdy wyprowadzają Dziewczynę z kaplicy, duch wszędzie podąża za nią. Jeżeli wszyscy członkowie jej rodziny żyją i są zdrowi, to ona nosi żałobę po niespełnionej miłości. Nasuwa się tylko refleksja, czy rzeczywiście tak było, czy to tylko marzenie mary – poety romantycznie rozkochanego w Maryli? Milczenie obojga musi w tym momencie pozostawić pytanie z jednej strony w sferze przypuszczeń, z drugiej poddać je subiektywnym odczuciom i interpretacji każdego czytelnika.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki: Adam Mickiewicz, Dziady. Poema,  Warszawa 1974