wtorek, 23 października 2012

SALON WARSZAWSKI. SCENA VII trzeciej części ,,Dziadów" Adama Mickiewicza

Towarzystwo stolikowe i skupiona przy drzwiach młodzież, czyli gorzka refleksja poety dotycząca postaw Polaków wobec zaborców

W salonie zebrały się dwie grupy Polaków. 

Tematy rozmów są diametralnie różne. 

Adolf i Zenon Niemojewski, stojąc przy drzwiach, rozmawiają po polsku o przelanej krwi pod razami bata  wymierzanymi ręką kata. Towarzystwo stolikowe mówi po francusku i narzeka na organizację jakiegoś balu. Damy ubolewają, że odkąd Nowosilcow wyjechał z Warszawy, nikt nie potrafi urządzić zadowalającej zabawy. 

Dama I stwierdza nawet, iż „była to potrzebna w Warszawie osoba”. Akcja nabiera tempa, szybko zmieniają się teraz miejsca rozmowy i ponownie jesteśmy świadkami wspomnień przy drzwiach o Cichowskim, żeby za chwilę dołączyć do towarzystwa stolikowego.  

Tutaj wśród pozornie błahej wymiany zdań słyszymy gorzką prawdę dotyczącą braku zrozumienia współczesnej poezji. Jenerał namawia Literata do zaprezentowania swojej twórczości, a gdy ten broni się przed publicznym występem, tłumaczy mu, że jego kolega nie będzie taki skromny i dopiero może być nudno.  

Z inicjatywy Młodej Damy dyskusja powraca do umęczonego Cichowskiego, a kiedy Adolf zamierza przejść do szczegółów, Szambelan wychodzi, ponieważ grupy połączyły się w trakcie spotkania.

Szambelan:
                            "Ja myśliłem, że leżał w mogile.
O takich rzeczach słuchać nie bardzo bezpiecznie,
A wyjść w środku powieści byłoby niegrzecznie”.

Adolf wspomnienie o Cichowskim rozpoczyna od momentu, gdy sam był małym chłopcem, a bohater opowieści wesołym, dowcipnym, beztroskim, młodym człowiekiem. Lubił małe dzieci, często się z nimi bawił, przynosił im różne upominki i zaprosił wszystkich na swój ślub. Pewnego razu nie wrócił do domu.  

Mimo starannych poszukiwań nie odnaleziono go, a żonie przyniesiono do rozpoznania płaszcz męża, sugerując, że popełnił samobójstwo. Po dwóch latach żałoby przewożono więźniów z klasztoru do Belwederu. Zapytani o nazwiska, wymieniali je kolejno. Padło również nazwisko Cichowskiego, a żona, dowiedziawszy się o tym, bezskutecznie próbowała odnaleźć męża. 

W ciągu kolejnych trzech lat mówiono, że jest więziony, torturowany, karmiony śledziami bez możliwości ugaszenia pragnienia.

Pozbawiony snu, straszony, odurzany narkotykami nie złożył żadnych zeznań i nikogo nie wydał. Niedawno przywieziono Cichowskiego do domu i kazano żonie podpisać dokument, że wrócił żywy z Belwederu. Kiedy Adolf po pewnym czasie spotkał się z nim, przeraził go wygląd byłego więźnia. 

Nabyta wskutek stęchlizny i złego jedzenia otyłość nie ustąpiła, a szklany wzrok powiedział mu więcej niż słowa o jego koszmarnych przeżyciach. Adolf po miesiącu odwiedził Cichowskiego ponownie, łudząc się, iż udało mu się powrócić do świata żywych.  

Pobyt w więzieniu, ustawiczny lęk, żeby niczego nie powiedzieć, dokonały trwałego spustoszenia w jego psychice. Wbrew przypuszczeniom opowiadającego Cichowski nie chciał rozmawiać o tym, jaki los zgotowali mu oprawcy.

„Przeszłą niedolę lubią opiewać więźniowie;
Myśliłem, że on ją nam najlepiej opowie,
Wyda na jaw spod ziemi i spod straży zbirów
Dzieje swe, dzieje wszystkich Polski bohatyrów: –
Bo teraz Polska żyje, kwitnie w ziemi cieniach,
Jej dzieje na Sybirze, w twierdzach i więzieniach.
I cóż on na pytania moje odpowiedział?
Że o swoich cierpieniach sam już nic nie wiedział,
Nie pomniał. – Jego pamięć zapisana cała
Jak księga herkuleńska pod ziemią spróchniała:
Sam autor zmartwychwstały nie umie w niej czytać,
Rzekł tylko: „Będę o to Pana Boga pytać,
On to wszystko zapisał, wszystko mnie opowie”.

Po wysłuchaniu opowieści Adolfa zapanowała długotrwała cisza. Przerywając ją, Literaci spierali się, czy taka historia mogłaby stanowić treść poezji. Jedni uważają, że temat jest zbyt świeży, inni twierdzą, iż trudno przewidzieć, czy za sto lat wolno będzie o tym pisać. 

Rozstrzygający pogląd wygłosił Literat IV, który podkreślił, iż naród nie lubi wstrząsających obrazów, ponieważ Słowianie wolą sielanki. Młodzi dyskutują o tragicznych losach Polaków, a przedstawiciele arystokracji chłodno i spokojnie myślą o swoich spekulacjach, próbując (przy pomocy protekcji) uzyskać stanowiska, godności, urzędy. Wyrażają tym samym chęć współpracy z zaborcą. 

Młodzież jest oburzona.

„Patrzcie, cóż my tu poczniem, patrzcie, przyjaciele,
Otóż to jacy stoją na narodu czele.
Wysocki:
Powiedz raczej: na wierzchu. Nasz naród jak lawa,
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”.

Dochodzimy więc do uzasadnienia  stwierdzenia dotyczącego braku lojalności Polaków wobec siebie i ojczyzny. 

Społeczeństwo polskie – nawet w sytuacji zagrożenia – jest podzielone. Z jednej strony stoi patriotyczna, zaangażowana, oddana narodowej sprawie, gotowa do walki z wrogiem młodzież, której zapału nie są w stanie złamać żadne męczarnie.  

Po drugiej stronie Salonu widzimy zachowawczą, konserwatywną, ugodową starszyznę. Taki wizerunek polskiego społeczeństwa nie mógł wywoływać optymistycznych obrazów przyszłości. Jest jednocześnie gorzką refleksją nad przeszłością, ponieważ nasuwa się wniosek, że przyczyna klęski powstania listopadowego tkwi w samych Polakach.

Zaborców można by pokonać tylko wspólnym frontem. „Jednością silni, rozumni szałem” stanowimy przeciwwagę dla poczynań zaborców i stajemy się niebezpiecznym rywalem dążącym do pokonania ich. Romantycy nie byli pierwszym pokoleniem borykającym się ze sprzecznością interesów obywateli Polski.  

Ta zależność jest od wieków  niezwykle klarowna. Im wyższa w hierarchii społecznej pozycja Polaka, tym niższe (żadne?) jego zaangażowanie w sprawy społeczeństwa (po rozbiorach narodu!) i ojczyzny, bo w pierwszej kolejności trzeba przecież zadbać o siebie. Pamiętamy, że już w XVIII wieku Stanisław Staszic powiedział: „Z samych panów zguba Polaków”.  

Jeden z bohaterów Dziadów – Zenon Niemojewski – swoją wypowiedzią potwierdzi poglądy Adama Mickiewicza na temat jedności narodu.

„My powinniśmy z sobą łączyć się i znosić;
Inaczej, rozdzieleni, wszyscy zginiem marnie”.

Cóż znaczy słowo znosić? Może tolerancję, wyrozumiałość, ponadklasowe porozumienie i wzajemne zaufanie?


Następny wpis:    SCENA  VIII – trzeciej części ,,Dziadów" – PAN SENATOR

poniedziałek, 22 października 2012

SEN SENATORA. SCENA VI trzeciej części ,,Dziadów" Adama Mickiewicza

Sen, sny, śnić... Romantyczny sposób na obnażenie ukrytych pragnień Nowosilcowa

„Ty, co bliźnich katujesz, więzisz i wyrzynasz,
I uśmiechasz się we dnie, i w wieczór ucztujesz;
Czy ty z rana choć jeden sen twój przypominasz,
A jeśliś go przypomniał, czy ty go pojmujesz?”.

Z taką ironią i nienawiścią wypowiadał się o Senatorze Gustaw w Prologu. Nie wywołuje to zdziwienia, biorąc pod uwagę fakt, że jest przedstawicielem gnębionego narodu i przebywa w więzieniu. W scenie VI na sen Nowosilcowa oczekują diabły, które nazywają go łajdakiem i łotrem. 

Belzebub ostrzega, żeby nie przestraszyły go perspektywą znalezienia się w piekle. Mogą drwić, szydzić, wbijać go w dumę i pychę, a wszystko po to, żeby tym sumienniej służył carowi, nie obawiając się kary za okrutne postępowanie.  Senator we śnie widzi spełnienie swoich marzeń, czyli odzyskanie dobrego imienia w oczach imperatora. 

Otrzymał więc w dowód uznania zasług pieniądze, order, tytuły: książęcy i Wielkiego Marszałka. 
 
Zaproszony do pałacu cara, czuje się tam, jak najważniejsza osoba, a szepty zgromadzonych ulubioną nutą pieszczą jego ucho i sprawiają, że czuje się znowu ważny, wielki, podziwiany, szanowany.  

Senator cieszy się, że inni mu zazdroszczą i w ten sposób  objawia się jego próżność.  

Kiedy tak upajał się swoim szczęściem, uświadomił sobie nagle, że nastrój szeptów zaczyna się zmieniać, a z nim nastawienie do jego osoby. Podziw przeszedł w sarkazm, a uśmiechy w drwiny i szyderstwa, ponieważ „Senator wypadł z łaski, z łaski, z łaski”.  

Duszą Nowosilcowa zajmą się Diabły. Wydarta, jak ze złego psa, potrzebuje kagańca, a po obiczowaniu powróci do ciała porównanego do brudnej psiarni. Być może dlatego prześladowca tak kąsa i gryzie niewinnych ludzi.

Następny wpis:   SALON WARSZAWSKI. SCENA VII trzeciej części ,,Dziadów" Adama Mickiewicza

piątek, 19 października 2012

SCENA V trzeciej części ,,Dziadów" Adama Mickiewicza

Widzenie Księdza Piotra

Ksiądz Piotr (tym razem w swojej celi), leżąc krzyżem, modli się do Boga. 

Podobną postawę przyjął w scenie III, kiedy wstawiał się za Konradem. 

Ukrzyżowanie osoby łączy się z Mesjanizmem, czyli cierpieniem za odkupienie win innych.

„Panie! czymże ja jestem przed Twoim obliczem? –
            Prochem i niczem;
Ale gdym Tobie moję nicość wyspowiadał,
            Ja, proch, będę z Panem gadał”.

Ksiądz Piotr opowiada Bogu, jaki okrutny los spotkał Polskę, która dostała się w ręce tyrana. Zaborca prześladuje Polaków, gnębi młodzież, wtrąca ją do więzienia lub wysyła kibitkami na Syberię. Zwracając się do Pana, pyta, czy pozwoli zniszczyć naród, a szczególnie młodych, przeciwko którym w pierwszej kolejności Nowosilcow skierował prześladowania.

„I dasz ich wszystkich wygubić za młodu,
I pokolenie nasze zatracisz do końca?”.

Ksiądz dostrzega w swoim widzeniu, że uratowało się jedno dziecko, które wyrosło na obrońcę i wskrzesiciela narodu, a imię jego brzmi czterdzieści i cztery. 

Romantycy  mieli niemal obsesję na punkcie odzyskania niepodległości, toteż albo szukali dróg prowadzących do tego celu, albo dokonywali obrachunku z przeszłością, zastanawiając się nad przyczynami upadku powstania listopadowego. 

W związku z tym Ksiądz zapowiada przyjście Mesjasza, który swoim cierpieniem odpokutuje winy narodu. Polska, jako kraj szczególnie doświadczony męczeństwem, miała poprzez swoje tragiczne losy stać się Zbawicielem innych państw.

Wyznawcy Mesjanizmu wierzyli, że skoro Chrystus cierpiał, był ukrzyżowany i zmartwychwstał, to dręczona teraz przez tyranów Polska również wstanie z grobu, tj. odzyska wolność, swobodę, godność i prawo decydowania o własnych sprawach.  

Jednak, zanim to nastąpi, Ksiądz widzi przed Mesjaszem jeszcze straszne przeżycia i nie potrafi wyznaczyć ich końca. 

Znieważony zostanie najpierw postawiony przed europejskim trybunałem, a więc cała Europa wystąpi przeciwko Odkupicielowi. Jego sędzią miał być Gal (Francuz), który nie skazał oskarżonego, ponieważ nie dostrzegał żadnej winy. 

Inni królowie twierdzili, że musi być skazany, bo jest wrogiem cesarza. Sędzia znalazł się pod presją oraz groźbą władców i dlatego wydał wyrok ukrzyżowania Mesjasza, gdyż uniewinnienie go mogłoby doprowadzić do podobnych buntów w zaborze pruskim i austriackim. 

Ksiądz prosi Boga, żeby dał Polakom umiejętność przetrwania, ponieważ obawia się, że atakowani przez krwiożerczą trójcę zaborców mogą stracić siły.

„Już wleką; już mój Naród na tronie pokuty –
Rzekł: „Pragnę” – Rakus octem, Borus żółcią poi,
A matka Wolność u nóg zapłakana stoi”.

Chociaż Rakus (Austriak) i Borus (Prusak) na swój sposób gnębią Polaków, to jednak najgorszymi oprawcami są Rosjanie. Ukrzyżowany naród skonał, ale odrodzi się w postaci potężnego mściciela, który zrzuci jarzmo niedoli.

„Podnóżem jego są trzy stolice.
Trzy końce świata drżą, gdy on woła;
I słyszę z nieba głosy jak gromy:
To namiestnik wolności na ziemi widomy! (...)
Na trzech stoi koronach, a sam bez korony:
            A życie jego – trud trudów,
            A tytuł jego – lud ludów;
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,
    A imię jego czterdzieści i cztery.
            Sława! sława! sława!”.

Przepowiedziawszy przyszłość Polski, Ksiądz Piotr zasypia, a jego duszą, żeby przywrócić jej błogi spokój, troskliwie opiekują się Anioły.

 
Następny wpis:  SEN SENATORA. SCENA  VI trzeciej części  ,,Dziadów"

czwartek, 18 października 2012

Scena III i IV – ,,Dziady" cz. III – Adama Mickiewicza

SCENA III -  próba ocalenia duszy Konrada


Bernardyn Piotr, Kapral i jeden z Więźniów zastanawiają się nad przyczyną dziwnego stanu Konrada. 

Jego wygląd wskazuje na ciężką chorobę, ale Więzień wyjaśnia, że towarzysza niekiedy dopada jakieś szaleństwo. 

Następnego dnia wraca jednak do równowagi. 

 Kapral sugeruje, iż tutaj wydarzyło się coś niezwykłego i nie chce wyjawić tego, co udało mu się zobaczyć przez dziurkę od klucza, przez którą spoglądał, gdy usłyszał dochodzący z celi Konrada hałas.  

Widział w swoim życiu różne rodzaje strachu, śmierci, zbrodni i mogłoby się wydawać, iż nic go już nie zaskoczy, a mimo to uważa, że z Konradem dzieje się coś bardzo złego. 

Po wyjściu Więźnia Konrad ocknął się na chwilę, żeby stwierdzić, iż nie uświadamiał sobie istniejącej przepaści i wskazać Rollisonowi drogę do śmierci. Bohater nadal posiada nadprzyrodzoną moc, ponieważ gdzieś w innej celi widzi skatowanego więźnia, który bezskutecznie próbuje popełnić samobójstwo. 

Telepatycznie podpowiada Rollisonowi, że dla niego drogą do śmierci jest skok przez wybite okno. Namawia go ponadto, żeby obaj pogrążyli się w otchłani, czyli tam, gdzie nie ma nikogo bliskiego – „braci, matek, narodów”.

Ksiądz Piotr domyśla się, że w duszy Konrada siedzi diabeł i bluźni przez jego usta. 

Próbuje wystraszyć go modlitwą i dowiedzieć się od niego, w jaki sposób ratować potrzebującą pociechy duszę Rollisona.  

Diabeł wzbrania się przed wypowiedzeniem tych słów, ale w końcu daje do zrozumienia, że komunia święta mogłaby pomóc drugiemu więźniowi, który znajduje się w zamienionym na więzienie klasztorze Dominikanów.  

Ksiądz Piotr prosi Boga o przebaczenie win Konradowi. Wyraża gotowość wzięcia na siebie wszystkich jego kar. Ocalenie duszy bohatera jest możliwe, ponieważ inne osoby modlą się w jego intencji. W tym akcie skruchy, pokory i błagania – poza zakonnikiem – biorą udział Anioły i Archanioły, tłumacząc zachowanie Konrada niezrozumieniem świętych sądów bożych.  

Próbują wybłagać litość dla niego, bo chociaż nie wielbił imienia Boga, to kierował się, badając Jego sądy, nie ciekawością, nie pragnieniem sławy, ale umiłowaniem innych. Dodatkowym elementem przemawiającym za odpuszczeniem mu grzechów jest okazywanie czci Maryi.

„Lecz on szanował imię Najświętszej Twej Rodzicielki.
On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu”.

Chór Archaniołów wyraża przekonanie, że jeżeli Bóg okaże łaskę Konradowi, to on będzie głosił, iż jest sprawiedliwym i litościwym Panem.

SCENA  IV - Widzenie Ewy

W sypialni dworku wiejskiego pod Lwowem rozmawiają dwie młode panienki. 

Marcelina przekonuje Ewę, żeby skończyła modlitwę, ponieważ już minęła północ. 

Pobożna Ewa mówiła pacierz za ojczyznę, rodzinę, więźniów oraz za Litwina, który przebywa w więzieniu i jest autorem tomiku wierszy. Mimo późnej pory modli się dalej za niego i zasypia. We śnie widzi Matkę Boską i Jezusa, rzucającego na nią kwiaty, które ona podarowała Najświętszej Pannie. 

W przepięknym, wonnym bukiecie Ewa dostrzega różę. Być może ma ona subtelnie i lirycznie wyrażać tęsknotę poety do kraju i delikatnie sugerować jego pragnienie powrotu do ojczyzny.

„Róża, ta róża żyje!
Wstąpiła w nią dusza,
Główką lekko rusza,
Jaki ogień z niej bije. (...)
Mówi, coś mówi – jak cicho, jak skromnie.
Co ty, różo, szepczesz do mnie?
Zbyt cicho, smutnie – czy to głos żalu?
Skarżysz się, żeś wyjęta z rodzinnej trawki?”.

Róża chciałaby ciepła, serca, miłości, zrozumienia, czułości, bo prawdopodobnie jest niesłychanie samotna. Swoje życzenie wypowiada po prostu:

                        „Weź mnie na serce”.

Następny wpis: Scena V. Widzenie Księdza Piotra

środa, 17 października 2012

Scena II - Wielka Improwizacja - ,,Dziady" cz. III - Adama Mickiewicza

Polemika Konrada z Bogiem. Spór poety - wieszcza ze Stwórcą oraz groźba bluźnierstwa w imię miłości do ojczyzny i narodu

Druga scena III części Dziadów Adama Mickiewicza została pomyślana jako monolog, a jego bohaterem  będzie Konrad, który czuje swoją wielkość, jest wykreowany na wybitną jednostkę i romantyczną osobowość. 

Dokuczająca mu samotność jest pretekstem do snucia rozważań na temat konieczności szukania odbiorców jego poezji.  

Wyjaśnia sobie, że chyba nie ma człowieka, który potrafiłby zrozumieć całą głębię jego twórczości. Według Konrada nieszczęśliwy musi być poeta próbujący ująć myśl w słowa, bo taki wysiłek prowadzi do przekłamania głosu i języka.  

Bohater, nawiązując do swoich pieśni, porównuje je do gwiazd, które poruszone dłonią Konrada, kołują w nieustannym ruchu, wydobywając przeróżne tony. Pozostają w stosunku do siebie w postaci tęczy lub akordów, spójne lub rozdzielone, zależnie od woli mistrza.  

Kiedy oderwie dłonie, a harmonijne dźwięki zatrzymają się w pędzie, w umyśle i sercu Konrada  zamieniają się w natchnienie. Słyszy on wówczas każdy ton, sam tworzy poezję, którą czuje w oku, w uchu, a widząc ją nawet w postaci obłoku, jest przekonany o jej niesłychanej wartości.

            „Boga, natury godne takie pienie!
            Pieśń to wielka, pieśń-tworzenie.
            Taka pieśń jest siła, dzielność,
            Taka pieśń jest nieśmiertelność!
Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,
Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże?”.

Konrad każe Bogu podziwiać swoje zdolności, kunszt artystyczny, lekkość lutni. Pieśni, wśród których czuje się jak ojciec, nazywa dziećmi – wieszczami.

„Patrz, jak te myśli dobywam sam z siebie,
            Wcielam w słowa, one lecą,
            Rozsypują się po niebie,
            Toczą się, grają i świecą;
            Już dalekie, czuję jeszcze,
            Ich wdziękami się lubuję,
            Ich okrągłość dłonią czuję,
            Ich ruch myślą odgaduję:
            Kocham was, me dzieci wieszcze!
            Myśli moje! gwiazdy moje!
    Czucia moje! wichry moje!
W pośrodku was jak ojciec wśród rodziny stoję,
            Wy wszystkie moje!”.

Jakąż moc musi odczuwać w sobie człowiek, który ośmiela się twierdzić, że jest większy od poetów tworzących na przestrzeni wielu wieków. Wszystkie przeznaczone dla nich pochwały i słowa uznania, zebrane w jedną całość, nie mogą mierzyć się z potęgą jego geniuszu.  

W chwili, będącej apogeum jego talentu, Konrad chce się przekonać, czy rzeczywiście jest najlepszym poetą, czy tylko rozbudził w sobie dumę. Uskrzydlona dusza poety, sięgająca rozpiętością ramion w przeszłość i w przyszłość, doleci do Boga, żeby zajrzeć w Jego uczucia.  

Konrad podkreśla swoją ziemską naturę, a ponieważ jest człowiekiem, serce i ciało zostawił w ojczyźnie, bo ponad wszystko ukochał rodaków.

     „Ja kocham cały naród! – objąłem w ramiona
     Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,
     Przycisnąłem tu do łona,
     Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:
     Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,
     Chcę nim cały świat zadziwić,
Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec”.

Konrad informuje Boga, że posiada w sobie Moc, której potęgę porównuje do wulkanu, niekiedy dymiącego przez słowa. Nie czerpał jej z niczego, ona nie jest nabyta, bo nie można się Mocy nauczyć.

            „Jam się twórcą urodził:          
            Stamtąd przyszły siły moje,
            Skąd do Ciebie przyszły Twoje,
            Boś i Ty po nie nie chodził”.

Mistrz, mówiąc do Boga, wyraża przekonanie, że podobnie jak Stwórca nie lęka się utraty swojej potęgi. 

Przybył do nieba, żeby znaleźć sposób na zmuszenie ludzi do posłuszeństwa, gdyż do tej pory udało mu się skutecznie wypróbować swoją siłę na ptakach i gwiazdach. 

Chciałby ją wykorzystać do rządzenia ludzkimi duszami i zastanawia się, w jaki sposób mógłby tego dokonać.

„Nie bronią – broń broń odbije,
Nie pieśniami – długo rosną,
Nie nauką – prędko gnije,
Nie cudami – to zbyt głośno”.

Konrad pragnąłby rządzić duszami ludzi przy pomocy uczucia, które nosi w sobie. 

Prosi Boga o umożliwienie mu sprawowania władzy nad ludźmi, sądząc, że miałby większe osiągnięcia niż Stwórca, bo poprowadziłby rodaków do wolności, do poznania nowego świata.

„Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,
Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,
I większe niźli Ty zrobiłbym dziwo,
            Zanuciłbym pieśń szczęśliwą”.

Bohater jest wyobcowany w świecie, którym gardzi z racji jego przestarzałych struktur. Dziwi się sobie, że mocą swojego słowa nie próbował dotąd zburzyć utartych sposobów myślenia. Mimo to z całą stanowczością twierdzi, iż potrafiłby – sprężywszy się wewnętrznie – dorównać Bogu i prorokom.

„Ja chcę władzy, daj mi ją, lub wskaż do niej drogę!
O prorokach, dusz władcach, że byli, słyszałem,
I wierzę; lecz co oni mogli, to ja mogę,
Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,
Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz”.

Bóg nie zaszczycił  Konrada odpowiedzią i to lekceważenie doprowadza go do buntu i przekory wyrażonej w formie gniewnych oskarżeń. 

Bohater monologu zarzuca Bogu, że kiedy stwarzał świat, kierował się rozumem, nie miłością, a jemu wyrządził największą krzywdę. 

Obdarzył go bowiem nadnaturalnym umiłowaniem ludzi i nie pozwala okazywać im tego uczucia.

„Myślom oddałeś świata użycie,
Serca zostawiasz na wiecznej pokucie,
Dałeś mnie najkrótsze życie
I najmocniejsze uczucie. –

Hamowany przez anioła i podżegany do buntu przeciwko Stwórcy przez ducha złego Konrad ponownie próbuje nawiązać z Nim dialog. Grozi wręcz, że wyzwie Go na pojedynek serc. Wypomina, że nawet wtedy, gdy Bóg pozbawił go osobistego szczęścia, nie sprzeciwił się Jego woli.  

Teraz jednak, kiedy celem zabiegów Konrada jest niesienie ulgi i pomocy ojczyźnie, gdy on sam w imię wyższych wartości przyjął na siebie cierpienia narodu, będzie musiał zmierzyć się z Bogiem. Bohater przyjmuje tutaj postawę prometejską, ponieważ dobrowolnie poświęca siebie za naród i ojczyznę.

„Ja i ojczyzna to jedno.
Nazywam się Milijon – bo za milijony
Kocham i cierpię katusze”.

Od cierpliwej łagodności Konrad przechodzi do krzyku rozpaczy i wyrzuca Bogu, że przystępując do stworzenia świata, nie kierował się ojcowską miłością. 

Milczenie Boga, któremu z ufnością powierzył swoje zamiary; pogarda, jakiej doświadczył mimo szczerego wyznania tajemnic serca, doprowadziły Konrada do otwartego buntu wobec   woli Stwórcy i bluźnierstwa.

„Odezwij się, - bo strzelę przeciw Twej naturze;
Jeśli jej w gruzy nie zburzę,
To wstrząsnę całych państw Twoich obszarem;
Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:
Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:
Krzyknę, żeś Ty nie ojcem świata, ale...”.

Diabeł dopowiedział – carem.

Wyczerpany nierównym, bezsilnym pojedynkiem z Bogiem Konrad traci przytomność i pada. 

Diabły kłócą się o wypuszczenie z rąk jego duszy i walczą z siłami sprawującymi nad nią opiekę. 

Wejście Księdza Piotra do celi samotnika – pokonanego większą mocą – przerywa spór nieziemskich postaci.

Następny wpis:   Scena  III  i  IV – ,,Dziady" cz. III – Adama Mickiewicza

wtorek, 16 października 2012

Scena więzienna jako literacki dokument martyrologii Polaków – ,,Dziady" cz. III Adama Mickiewicza

Na tekst dramatu składa się dziewięć scen ujętych w akcie pierwszym. Scena I, zwana więzienną, jest nie tylko zapisem doznań Mickiewicza i jego przyjaciół, lecz także hołdem złożonym tym, którzy poświęcili życie za świętą sprawę – ojczyznę. 

Osoby występujące w tej scenie to między innymi współwięźniowie poety, którzy zostali aresztowani za działalność filomacką i filarecką.  

Biografie niektórych są więc po prostu autentyczne. Rozmowa odbywa się o północy w Wigilię Bożego Narodzenia u Konrada, ponieważ jego cela przylega do ściany kościoła. 

Będzie idealnym miejscem spotkania, śpiewy mogą być odebrane jako odbywające się nabożeństwo.  

W więzieniu od dłuższego czasu przebywają Jakub, Adolf, Konrad, ksiądz Lwowicz, Suzin, Frejend, Tomasz Zan oraz Feliks Kółakowski. 

Wszyscy przybyli do celi Konrada. W spotkaniu bierze także udział Żegota, którego wtrącono do więzienia w Wigilię Bożego Narodzenia. Początkowo podchodzi do sytuacji z naiwnym optymizmem, bo wierzy, że skoro nie był zamieszany w żadną działalność spiskową, to szybko opuści więzienie. 

Koledzy wyprowadzają go jednak z błędu, twierdząc, że nie powinien łudzić się bezpodstawną nadzieją. Tomasz wyjaśnia Żegocie prawdziwe podłoże podstępu, którego stali się ofiarami.

Sprawcą ich nieszczęść jest Senator Nowosilcow przybyły na Litwę z Warszawy, gdzie był przegrany, ponieważ stracił rządowe pieniądze i  nie wyśledził żadnej organizacji działającej na szkodę cara. Chcąc ponownie zyskać względy imperatora, bezwzględnie traktuje młodzież i nie dba nawet o zachowanie pozorów uczciwego śledztwa.  

W tej nierównej walce Polacy nie mają żadnych szans, bo nie znają nawet stawianych im zarzutów, a ironia procesu polega na tym, że ich obrońcy są najsurowszymi sędziami. Ich jedynym celem jest wymierzenie kary bez dochodzenia i udowodnienia winy – winny? – niewinny? – skazany ku chwale Senatora. 

Świadomy beznadziejności położenia Tomasz proponuje, żeby próbować ocalić przynajmniej niektórych więźniów poprzez dobrowolne, heroiczne poświęcenie siebie za innych.

„Został nam jeszcze środek smutny – lecz jedyny.
Kilku z nas poświęcimy wrogom na ofiary,
Ja stałem na waszego towarzystwa czele,
Mam obowiązek cierpieć za was, przyjaciele;
Dodajcie mi wybranych jeszcze kilku braci,
Z takich, co są sieroty, starsi, nieżonaci,
Których zguba niewiele serc w Litwie zakrwawi,
A młodszych, potrzebniejszych z rąk wroga wybawi”.

To wspaniały dowód łączącej młodzież prawdziwej przyjaźni, która w obliczu zagrożenia tym bardziej solidaryzuje się ze sobą. 

Przekonamy się w kolejnych scenach, że nie wszystkie grupy polskiego społeczeństwa potrafią być chociaż lojalne wobec siebie i ojczyzny. 

Koszmarne warunki więzienne i sposób traktowania Polaków to przejaw wyrachowania prześladowców, które miało doprowadzić do złamania uporu i dumy młodych ludzi. 

Suzin ma taka celę, że nie może zorientować się, czy to jest dzień, czy noc. Nikt nie wie, jak długo przebywa w więzieniu, ponieważ nie wolno kontaktować się z kimkolwiek.

Najgorsze jest jednak to, że trudno przewidzieć, kiedy te szykany się skończą. Tomasz, który jest najstarszy stażem, biorąc pod uwagę czas spędzony w więzieniu, najwięcej wycierpiał. Po cuchnących posiłkach, jakie otrzymywał, przeszedł liczne choroby, aż w ostateczności przyzwyczaił się do więziennych potraw. Powiew świeżego powietrza mógłby – według Frejenda – zamroczyć przebywającego w ciągłym zaduchu Tomasza.
  
„Umarłbym dziesięć razy, byle cię raz wskrzesić, - 
Ciebie, lub ponurego poetę Konrada,
Który nam o przyszłości, jak Cygan, powiada. –
Kocham cię, boś podobny także do butelki:
Rozlewasz pieśń, uczuciem, zapałem oddychasz,
Pijem, czujem, a ciebie ubywa – usychasz”.

Frejend podkreśla, jakim szacunkiem i przywiązaniem darzą towarzyszy niedoli. Z ich wielkich osobowości   czerpią siłę do przetrwania, znoszenia bólu, goryczy, rozczarowania. Chcąc zmienić nastrój przygnębienia w celi, ksiądz Lwowicz pyta o nowiny z miasta. Jan Sobolewski chodził na przesłuchanie, lecz nie jest skłonny do zwierzeń. Wie, że to, co zobaczył, nie poprawi samopoczucia więźniom. 

Dwadzieścia kibitek wywoziło na Sybir studentów ze Żmudzi, z których najmłodszy miał dziesięć lat i nie mógł udźwignąć łańcuchów.  

Wśród nich Jan zobaczył Janczewskiego krzyczącego do tłumu „Jeszcze Polska nie zginęła”. Przyrzeka, że będzie to dla niego drogowskaz do cnotliwego życia poświęconego ratowaniu ojczyzny. Sobolewski opowiada też o innym męczenniku – Wasilewskim (niosący go żołnierz ukradkiem ocierał łzy).  

Żegota przypomina bajkę Antoniego Goreckiego o diable, który chciał przechytrzyć Boga, bo próbując zniszczyć ziarno poprzez umieszczenie go w ziemi, przyczynił się do uzyskania plonu. Sens opowieści jest alegoryczny i ostrzega przed ślepym posłuszeństwem wobec polityki caratu. Sprzeniewierzenie się Bogu, Jego prawom i zasadom może obrócić się w konsekwencji przeciwko prześladowcom.

Jankowski śpiewa pieśń, której słowa nazywają cara dziką bestią, Nowosilcowa żmiją, a ich zwolenników łotrami. Są jednocześnie wyrazem powątpiewania w sprzyjanie Jezusa i Maryi polskiemu narodowi. Temu bluźnierstwu zdecydowanie przeciwstawia się Konrad, a Kapral przypomniał, co przeżył w Hiszpanii, będąc legionistą w pułku Dąbrowskiego, a później Sobolewskiego – brata Jana.  

W karczmie spotkał Francuzów, którym zabronił nadużywania imienia Najświętszej Panny. Dzięki temu udało mu się ocalić życie, ponieważ gospodarz poucinał głowy wszystkim bluźniercom. Być może tym, którzy mimo cierpień zachowają wiarę i będą postępowali zgodnie z boskimi przykazaniami, uda się przetrwać.  

Feliks śpiewa piosenkę, zapewniając, że sumiennie będzie pracował dla cara w nadziei, że wszystko, czego dokona, obróci się przeciwko niemu; może topór, może nić, może narodzony Palen.
  
„Z konopi ktoś zrobi nici –
            Srebrem obwita nić szara
Może się kiedyś poszczyci,
            Że będzie szarfą dla cara”.

Jest to nie tylko aluzja do zamordowania przez spiskowców rosyjskich cara Pawła I (1801), lecz także groźba Polaków zrodzona z poczucia krzywdy i nienawiści. Potwierdza ją pieśń Konrada, która jest zapowiedzią bezpardonowej, bezwzględnej walki aż do całkowitego unicestwienia wroga.

„Z duszą jego do piekła iść musim,
            Wszyscy razem na duszy usiędziem,
Póki z niej nieśmiertelność wydusim,
            Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.
            Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga
            Z Bogiem i choćby mimo Boga!”

Kiedy ksiądz Lwowicz przerwał śpiewanie pieśni, Konrad oznajmia współwięźniom, że wzniósł się w niebiosa, gdzie mógłby odczytać przyszłe losy Polski i świata. Przeszkodził mu w tym kruk, który olbrzymimi skrzydłami przesłonił cały widok. Wyczerpany tą wizją Konrad słania się i zostaje sam w celi, ponieważ pojawia się straż i więźniowie muszą uciekać.


Następny wpis:  Scena II - Wielka Improwizacja - ,,Dziady" cz. III Adama Mickiewicza